Oczywiście, ja mam na te kwestie pogląd jasny, pytam jednak Was braci i siostry z ciekawości o waszą opinię. Chodzi o konkretne sytuacje zdarzające się na wojnie i innych sytuacjach quasi-wojennych. Otóż, ze wszystkich znanych mi źródeł twardym, nieubłaganym prawem obowiązującym komandosów, którzy zrzucani są sekretnie na jakiś teren jest zabicie każdego napotkanego mieszkańca, który przypadkowo ich zauważy. Jeśli zauważy ich małe dziecko, to komandosi mają rozkaz i zasadę zabicia go, gdyż niezabicie choćby i małego dziecka niechybnie grozi tym, że doniesie ono o widzianych komandosach innym, a tym samym powodzenie ich akcji stanie pod dużym znakiem zapytania, nie mówiąc już o znacznie większych stratach w ludziach, którzy oni poniosą w skutek takiego "donosu". Innym twardym prawem komandoskim jest podobno zabijanie ciężko rannych współtowarzyszy. Jest to motywowane tym, iż grupa musi bardzo szybko się przemieszczać i spowalnianie tego również grozi dużym niebezpieczeństwem dla reszty ekipy. Z kolei niedobicie rannego, ale zostawienie go samego na pastwę losu grozi tym, iż nieprzyjaciel wydobędzie z niego istotne informacje na temat grupy i jej planów. Zasadnicze pytanie jakie rodzi się w tych sprawach jest następujące: jak pogodzić ABSOLUTNY i BEZWARUNKOWY zakaz bezpośredniego zabijania niewinnych z podanymi wyżej zasadami działania komandosów? Traktujemy dziecko z nieprzyjacielskiego terytorium, jako potencjalnego złoczyńcę, a nie potencjalnego niewinnego? A jeśli zgadzamy sie na to, iż mamy prawo zabijać "potencjalnego" złoczyńcę (a więc osobę, co do której istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wyrządzi nam lub innym zło) to czy w ten sposób nie powinno się usprawiedliwiać aborcji dokonywanej w środowisku przestępczym czy kryminogennym (gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż dziecko wychowywane w takich warunkach pójdzie w ślady rodziców)? A może potraktujemy przedmiotowe zabicie niewinnego dziecka, jako "efekt uboczny" dobrego działania, "pośrednie zabójstwo"? Jeśli jednak zamierzone strzelanie do niewinnego dziecka jest "efektem ubocznym" i "działaniem pośrednim", to dokładnie każde morderstwo na niewinnym można wówczas w ten sposób usprawiedliwić? A co z dobijaniem rannego współtowarzysza? Traktujemy go jako złoczyńcę, potencjalnego złoczyńcę, który może nas wydać i w ten sposób wyrządzić nam zło?
Jeżeli o mnie chodzi, zarówno zabijanie bezbronnych dzieci, jak i dobijanie rannych uważam za działanie nieludzkie. Należy zatem raczej postawić pytanie, czy katolik, wiedząc o "prawach" obowiązujących w takich jednostkach podczas działań wojennych, w ogóle może może być komandosem. Bo że może być żołnierzem, to wiemy (pacyfizm jest niekatolicki).
Eliasz dobrze postawił sprawę. Ja bym zapytał nawet nie o katolika ale ogólnie o chrześcijanina. Kiedyś chciałem ubiegać się o przyjęcie do jednostek specjalnych. Wtedy uświadomiłem sobie, że to nie jest zwykła służba, to oznacza zabijanie w czasie pokoju. Działania komandosów absolutnie nie spełniają kryteriów bellum iustum.
Wstępując do takiej formacji, praktycznie nie można sprostać wymogom V przykazania. Nie toczy się wojny obronnej. Akcje przypominają raczej profesjonalne zamachy. Nie znam okoliczności, które mogłyby uzasadnić (z punktu widzenia sumienia nie taktyki) wspomniane czyny.